środa, 16 maja 2012
Chodnik Kiedy pada, to wyłażą na wierzch wszystkie dżdżownice świata i wiją mi się u brudnych trampek jak wielki, różowo-siny wyrzut sumienia. Te małe są spoko, taką mogę po prostu w ręce i sru na trawę. Te tłuste są przerażające i trzeba się przy nich posłużyć narzędziem. Biorę tłuściocha na patyczek i ze zgrozą w palcach przenoszę skręcające się paskudztwo w bezpieczne miejsce. Czy wiecie, że w Polsce występują 32 gatunki dżdżownicowatych? Okno Dzieciństwo kojarzy mi się z bezradnością. Uczono mnie, że pomaganie zwierzętom jest głupie; nie miałam siły sprawczej, która pozwalałaby na rozkręcenie starego okna, pomiędzy szybami którego umierały uwięzione muchy. Nie śmiałabym nawet powiedzieć rodzicom, żeby okno rozkręcili, chociaż patrzenie na śmierć sprawiało mi przykrość; przykrość dziecka była zresztą wtedy równie nieważna, co los owada. Zmartwychwstanie Dzieci na moim podwórku lubiły zakopywać w piachu żywe stonki. Kiedy wiedziałam, że już sobie poszły, zwracałam im wolność; czasem dzieci pytały mnie, czy mam coś wspólnego z rozkopanymi kopczykami - bez mrugnięcia kłamałam, że absolutnie. Telewizor Miałam chyba pięć lub sześć lat, kiedy w telewizji leciał jakiś film przyrodniczy o małpach. Młode zmarło, a ja wpadłam w histerię i nie dałam się uspokoić przez dłuższy czas. Ojciec nie próbował przekonywać mnie argumentem, że to tylko zwierzę. Wanna, zlew, łotewer Czasem wpadają do niej z wywietrznika pająki. Pająków nie zabijam, z tego samego powodu, dla którego nie zabijam Żydów, ale kiedy ktoś pyta mnie, co robię z pająkiem na kartce papieru, czuję potrzebę powiedzenia tego zdania: "Nie zabijam pająków"; ot takie zamarkowanie normalności przez świra, nieszkodliwy zabobon, żeby myśleli, że przesąd albo inny chrześcijański obyczaj, żadnej podejrzanej miłości do zwierząt. Spowiedź święta Zabiłam kiedyś ptaka, naprawdę. A dokładniej ranne, nieopierzone pisklę, które wypadło z gniazda na moim osiedlu. Zrobiłam to, żeby uniknęło losu pisklęcia, które moi koledzy z podwórka nosili za głowę przez cały dzień zanim umarło. Miałam sześć lat i nie znałam pojęcia eutanazji; intuicja podpowiedziała mi tylko, żeby zataić ten grzech przed księdzem podczas pierwszej spowiedzi i rozgrzeszyć się jakoś w obrębie własnego sumienia. 11 listopada 2011 Polska żarła się o słuszność i niesłuszność marszów i kontrmarszów w Warszawie. Nigdy tak wielu nie zrobiło dla świata tak niewiele; nie poszłam na marsz, ale za to wracając z jogi uratowałam przypadkiem gawrona; czuję się lepsza i złapałam dystans do pyskatych happeningów, ale przecież nie wypada tego napisać, bo kogoś to wpieni, więc napiszę. Kim jestem Zostałam wegetarianką właściwie z dnia na dzień i nie pamiętam dlaczego tak nagle, ale nie ma powrotu do Edenu. Nic nie definiuje mnie bardziej niż mój stosunek do zwierząt (jednostek, nie gatunków!), nic mnie bardziej nie obchodzi. Jeśli PiS stanie się pewnego dnia ekologiczny, zagłosuję na PiS.
wtorek, 15 maja 2012
Świat mody jest zero-jedynkowy. Można w nim istnieć jako XS albo XXL, być smutnym grubasem albo chudym anorektykiem; albo albo, chudniesz albo tyjesz, nie ma pośrodku. W tym świecie dziewczyny nie mają kompleksów z powodu niskiego wzrostu, pryszczy, małego biustu, krzywego nosa, wysokiego czoła, rzadkich włosów, cellulitu, brzydkiego głosu, okrutnych kolegów, biedy, pochodzenia, wakacji spędzanych na podwórku, pracy w Macu, alkoholizmu rodziców, braku chłopaka, niepełnosprawności. Szczęśliwy świat. Widzieliście kiedyś modelkę na wózku na pokazie Prady? Ja też nie, pewnie dlatego, że nie wyglądałaby zdrowo. Wypuszczanie na wybieg (sesje zdjęciowe) modelek z trochę większym biustem (zrobionym), w rozmiarze 38 zamiast 34, za to idealnie pięknych, wysokich, zadbanych z pewnością uczyni świat lepszym i zlikwiduje kompleksy milionów młodych kobiet. I oczywiście anoreksję, wojny i głód na świecie.
piątek, 11 maja 2012
Cała dyskusja o beznadziei edukacji wyższej poszła u moich lewicowych, nieomylnych jak zawsze kolegów (#ttdkn-męskamuzyka) w stronę dopuszczalności marnowania zasobów (niemarnowanie jest podobno korwinizmem) oraz tego, jak dobre jest uczenie rzeczy zbędnych, ponieważ produktywność jest zła w ogóle, a uczenie o Konopnickiej i robienie z niej setnego doktoratu wpływa ponoć na rozwój kultury wysokiej. Wartość powyższej opinii oceni odpowiednio każdy normalny człowiek, dlatego zostawię tu tylko skromną opinię studentów, którzy nieśmiało zaczynają zabierać głos i protestować przeciwko marnowaniu ich czasu, przeciw niskiej jakości programowi, przeciw przestarzałym metodom, niedouczonym "naukowcom". W dyskusji o edukacji wyższej wypada pamiętać po co i dla kogo została stworzona; polscy naukowcy nie mają najwyraźniej wątpliwości, że dla nich i dla ich wygody.
czwartek, 03 maja 2012
Czescjacek, który rzadko pisze głupie notki, napisał właśnie taką, z której wynika mniej więcej tyle, że gdyby nie wegetarianie i idea antykonsumpcjonizmu, nie byłoby głodu na świecie, a wszyscy byliby bogaci jak ktoś bogaty. Albowiem wystarczy chcieć, aby dużo zarabiać, a idealiści wszystko psują. Najbardziej poruszył mnie poniższy cytat.
Postanowiłam podzielić się tutaj swoją leciuteńką niechęcią do młodych, głodujących i biadolących naukowców i doktorantów, co właściwie jest masłem maślanym dla dodania powagi niepoważnemu zjawisku, ponieważ nie ma innych młodych naukowców niż doktoranci. Pierwszym powodem, dla którego młodzi "naukowcy" głodują, jest ich nadmiar. Studentów jest coraz mniej, natomiast doktorów mamy naprodukowanych całe mnóstwo, dlatego do niedawna otwierane były coraz to nowe ośrodki akademickie, żeby zapewnić im całkiem niepotrzebne komukolwiek etaty; teraz idzie niż i fikcja zapotrzebowania na miliony polonistyk, politologii i historii staje się jasna, więc te ośrodki będą zamykane, a doktorzy znów będą biadolić, że marnuje się naukowy kwiat, inteligencja, sretytety, a doktoranci, którzy liczyli na łatwy etat po niezbyt przemyślanych studiach nad twórczością przysłowiowej Konopnickiej, będą płakać nad chlebem i wodą. Słowem: ja na przykład nie wybrałam studiów aktorskich, chociaż na pewno są fajne. Drugim powodem, dla którego doktoranci głodują, jest fakt, że nic nie potrafią (a jak potrafią, to niech udowodnią), a Godne Miano Doktoranta nie pozwala im zhańbić się pracą nienaukową (bo pisanie doktoratu to jeszcze nie jest praca, tylko pnięcie się po szczebelkach kariery, tak jak pracą nie jest pisanie prac zaliczeniowych/magisterskich na studiach). Sama mam znajomą, która nim zrobiła doktorat, pracowała w lotniczym call center parę lat (nocami!), no ale ona nie była leniwa i znała język obcy - ilu naszych młodych, ambitnych głodnych doktorantów zna biegle języki obce i potrafi coś poza swoją Konopnicką, o której naprawdę nikt już nie chce czytać, a ich praca naukowa wyląduje głęboko w uczelnianym magazynie zaraz po obronie? Trzecim powodem dla którego młodzi "naukowcy" głodują (i nie są to raczej biolodzy molekularni, ale nasi humaniści), jest cały system szkolnictwa wyższego, zdemoralizowany przez państwowe dotacje, które nie premiują innowacyjności, ale zachowawczość, ilość a nie jakość, kumoterstwo a nie wartość jednostki. Dlatego polskie uczelnie zachęcają młodych ludzi do robienia doktoratów kompletnie oderwanych od rzeczywistości, dla samej sztuki i chwały bycia Naukowcem, a nie po to, żeby rozwijać Naukę i coś z siebie dawać, ale tak naprawdę, nie dla jaj i nie dla Szanowny Panie Doktorze w nagłówku maila. Last but not least, przypomniało mi się jedno z pism Gramsciego, poleconego mi gdzieś kiedyś przypadkiem przez Ziel
A więc zarówno doktorant, co kucharka i kierowca, są intelektualistami, ponieważ nikt, jak pisze Gramsci, nie używa w pracy wyłącznie siły mięśni, ale o specjalne przywileje dla tych ostatnich z racji ich intelektualnej strony nie upomni się nigdy lewicowa prawica.
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Nie wiedziałam do tej pory skąd się w dyskursie o ekologii wzięło określenie eko-terroryzm, którym śmiało szafują wszyscy (prawy do lewego). Po obejrzeniu If a tree falls Marshalla Curry'ego, niezwykłego dokumentu opowiadającego historię Earth Liberation Front, który nominowany był nawet do tegorocznego Oscara, już wiem. Nazwę tę nadały sabotażystom z ELF amerykańskie media i sądy (a polskie prawactwo papuguje), w nawiązaniu do prawodawstwa antyterrorystycznego, które rozpleniło się w Ameryce po 11/9/2001 niczym makkartyzm w latach 50. Terrorysta ma budzić strach i odrazę; nie ma prostszego sposobu na zdyskredytowanie człowieka i jego przekonań, niż przez nadanie mu miana terrorysty. Bohaterami If a tree falls są młodzi ludzie, którzy rzucają wyzwanie amerykańskiemu, niewyobrażalnie (aż do obejrzenia ujęć zdegradowanego Oregonu) ekstensywnemu przemysłowi drzewnemu, wysadzają tartaki (obrywa się też rzeźni mordującej dzikie konie) a w końcu złapani przez FBI wybierają różne ścieżki: niektórzy, jak główny bohater opowieści, Daniel McGowen do końca odmawiają zeznań przeciw towarzyszom, inni współpracują z policją i wydają kolegów i koleżanki. McGowen budzi sympatię, jest inteligentnym, zwyczajnym chłopakiem z sąsiedztwa, jedyne co różni go od nas to to, że jest odważny, konsekwentny i w coś sensownego wierzy. W żadnym z ataków ELF nie zostaje ranny żaden człowiek, ale Daniel zostaje ostatecznie skazany na 7 lat więzienia o zaostrzonym rygorze jako terrorysta (co i tak jest małym wyrokiem jak na ekologa w USA, paczcie tutej). Wyjdzie za dwa lata, można wesprzeć go na jego fanpejdżu. Słynni już obecnie aktywiści ELF nie są jedynymi bohaterami dokumentu. Ważnym, choć zepchniętym na drugi plan jest społeczeństwo, którego protesty przeciw niszczeniu środowiska również tego najbliższego, były już w latach 90. brutalnie przez policję amerykańską tłumione (koszmarna scena torturowania gazem łzawiącym złapanych małolatów), a po 11 września w praktyce zdelegalizowane. I którego bezsilność w starciu z władzą i pieniędzmi koncernów drzewnych doprowadziła do narodzenia się ELF i jego akcji sabotażowych. Dokument polecam wszystkim bez wyjątku, streścić go nie sposób, a historia, którą opowiada, przywraca wiarę w człowieka
niedziela, 29 kwietnia 2012
Nie popieram zabiegów in vitro. Nie optuję za ich zakazem (jestem całkowicie przeciwna ich dotowaniu), ale mam do nich mniej więcej taki stosunek jak do kupowania rasowych psów i kotów. Nie dostrzegam dramatu niemożności przekazania swoich genów dalej, pewnie dlatego, że mając w rodzinie srylion przypadków raka wszystkich możliwych narządów, musiałabym upaść na głowę, żeby uznać swoje geny warte przekazania dziecku. Wierzę natomiast, że wszystkie te pary, które na in vitro (oraz naturalne ciąże) się decydują, mają geny jak bohaterowie Gattaki, dzięki czemu ich genizm jest w pełni uzasadniony. Działanie posła Jacka Żalka, zatrzymujące liberalny projekt ustawy lewicy, który dopuszczał zapładnianie kobiet będących w związkach (lub nie) pozamałżeńskich to krok małego yyy.... mały krok człowieka, a wielki krok ludzkości w walce z polskim, patriotycznym genizmem. Ludzi w Polsce i Europie jest coraz mniej, co grozi upadkiem obecnego establishmentu i końcem białego człowieka. I dobrze, od tygodnia mam fantazję, że niedługo zaleją nas Hindusi.
środa, 25 kwietnia 2012
Szanowny Pan Michał Rusinek oburzył Polski Internet, opowiadając się jasno i wyraźnie przeciw zaczynaniu maila od witam, ponieważ Internet witać się nie umie, a maile uczy pisać się w korporacjach od szefów i klientów, którzy często pisać nie umieją wcale. Internet obraził się, że Michał Rusinek oczekuje od zagadywacza szacunku, bo sekretarz Szymborskiej ruszył jego sumienie i obudził świadomość - nagle okazało się, że Internet na co dzień jest zwyczajnie niegrzeczny w kontaktach ze światem zewnętrznym, a do tego przyznać się trudno, zwłaszcza przed samym sobą. W dyskusji o tym, czy Michał Rusinek przesadza, oczekując od studentów zachowania uprzejmego gościa, który powinien zapukać i zapytać, czy nie przeszkadza, a nie ładować się z butami obcemu do sypialni, odwrócono naturalnie kota ogonem. Rusinek jest podobno zarozumiały i zadufany, do tego z Krakowa, więc na pewno nie ma racji. Ja jestem starej daty, choć nie z Krakowa i brak grzeczności mi przeszkadza. Przeszkadza mi nie tylko witam od osób z którymi nie zamieniłam ani jednej owcy na Farmville, ale i to, że w odpowiedzi na maile nie dostaję często zwykłego dziękuję, bo odbiorcy maila szkoda czasu na niepotrzebne grzeczności, jest wyluzowanym internautą, zajętym fejsbuczeniem. Kiedy chcę poprosić o coś kogoś, kogo szanuję, to najpierw rozważam, czy moja prośba jest na miejscu i formę, jaka zadowoli jej adresata i za cholerę nie mogę zrozumieć, czemu inni nie mają podobnie. Small update
wtorek, 17 kwietnia 2012
Obejrzałam Igrzyska śmierci z wypiekami na twarzy. Jest to historia niewrażliwej na los zwierząt gatunkistki o twarzy młodszej Natalie Portman, która łamie prawo, polując na zwierzęta, aż los srodze ją doświadcza: jej młodsza siostra Primrose zostaje wylosowana przez aparat państwowy do wzięcia udziału w dorocznych igrzyskach śmierci, okrutnym show telewizyjnym, które przetrwać może tylko jeden uczestnik spośród dwudziestki czwórki wybranych. Bezwzględna wobec zwierząt Katniss postanawia zastąpić siostrę w grze, by przekonać się, co to znaczy być ściganą przez ludzi ofiarą, dzięki czemu nawraca się i zostaje wegetarianką... Eeee nie, to nie tak, a szkoda, bo mogłoby być. Niestety przesłanie, skądinąd interesującego filmidła dla nastolatków jest banalne: zabijanie jest złe, jeśli zabija się ludzi, bo jak zwierzęta można traktować tylko zwierzęta. Dawno już straciłam nadzieję na przyzwoite, sfilmowane przez Holiłód science-fiction, w którym autorzy darowaliby sobie gloryfikację motywu dominacji człowieka nad zwierzętami/obcymi. Zawiódł pod tym względem Avatar, bo czym byłaby opowieść o Pandorze, gdyby nie pragnące uległości wobec hominidów smoki? I dlaczego obcy nie wykończyli kowbojów z Craigiem na czele? Tak czy inaczej Igrzyska śmierci polecam wszystkim, których wzruszają w kinie honor, przyjaźń, odwaga i maczyzm w wydaniu kobiety z łukiem na plecach. Mnie owszem!
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
To mogłabym właściwie napisać ja, gdybym potrafiła pisać tak jak Olga Tokarczuk, z której nowowydanego, pełnego refleksji i humoru zbioru esejów, Momentu niedźwiedzia, ten cytat pochodzi. Z samą Olgą Tokarczuk czytelnicy spotkali się w Nowym Wspaniałym Świecie w czwartek, ja w pisarce zakochałam się momentalnie i dożywotnio- rzadko inteligencja i wrażliwość idą w parze z ujmującą kulturą osobistą i ciepłem, jakie promieniują od laureatki Nike i bardzo cieszę się, że dzielę z nią poglądy na temat praw zwierząt, bo w Polsce ich cierpieniem i wyzyskiem rzadko zajmują się osoby zwyczajnie mądre. Mamy w Polsce kilka działających organizacji, które robią kawał dobrej roboty, ale nie mamy zaplecza intelektualnego. O problemach zwierząt piszą właściwie wyłącznie dzieciaki, które są wrażliwe na los pieska, kotka i kurki, ale praktycznie zawsze robią to nieudolnie, nieestetycznie, nieinteligentnie, bo robią jak potrafią i trudno mieć o to do nich pretensje. Pretensje mam za to do naszych elit, zwłaszcza lewicowych, zwłaszcza związanych z Krytyką Polityczną, jako głównego głosu polskiej lewicy. Milczycie na temat praw zwierząt zdecydowanie zbyt często. Nie wiem, czy wynika to z wyuczonego w dzieciństwie, chrześcijańskiego braku wrażliwości na cierpienie naszych mniejszych braci, którzy jak usłyszałam ostatnio od znajomego "są po to, żeby ich jeść". A może wypływa to ze strachu, że człowieka- publicystę, który zajmie głos w sprawie zwierząt uzna się za niepoważnego, bo kto poważnym przejmowałby się pieskiem, gdy tyle dzieci... Jesteście, droga lewico, równie nieeuropejscy, polscy i antropocentryczni, co polska prawica i w tym temacie trudno was odróżnić od Terlikowskiego, a im bardziej staje się to dla mnie wyraźne, tym mniej obchodzą mnie problemy okołoludzkie, które zajmowały mnie wcześniej. Ludziom, którzy nie do końca rozumieją, o czym piszę, kiedy piszę, że nie każda kobieta/feministka chce i musi chcieć żłobka, że cierpienie zwierząt ma dla mnie większe znaczenie niż cierpienie reszty, polecam Moment niedźwiedzia, jako podręcznik etyczny dla każdego, kto za bardzo przywykł do schematycznego patrzenia na świat. Jeśli nie Olga Tokarczuk, to obawiam się, że nikt was już przed nim nie uratuje.
środa, 28 marca 2012
W mediach pojawiła się ostatnio szokująca opinię publiczną i psychologów informacja o tym (sprawdzić, czy nie miejska legenda), że komornik z Wejherowa (ach, te północne dzikie ludy) zajął rodzinie rasowego psa, niczym mebel albo sprzęt rtv. Otóż zgodnie z dziennikarskim przekazem, zadłużona na nie wiadomo jaką sumę rodzina kupiła psa wartego dwa tysiące swojej pięcioletniej smarkuli, ale prawo nakazuje, żeby psy rasowe były rejestrowane na osobę dorosłą, przy czym w przypadku komorniczej egzekucji rasowy pies może zostać wystawiony na licytację niczym wartościowy przedmiot i tak stało się w przypadku pieska dziewczynki. Psychologowie biją na alarm:
Na alarm bije też TOZ:
Nad losem psa pochyla się miłośniczka i hodowczyni rasy, Agata Kalicińska
A co ja na to, gdyby ktoś pytał? Ja nie pochylam się nad losem psa, ponieważ do tej pory i tak należał do rodziny, która kupiła go jak niewolnika na targu. Jeśli go zlicytują za te dwa tysiące, prawdopodobnie gorzej nie trafi, a na rzeź do Chin raczej nie pojedzie. Nie pochylam się nad rozpaczą dziewczynki: jej prawdziwą tragedią są nieodpowiedzialni rodzice, którzy wyrzucają pieniądze na zbędne rzeczy i uczą ją, że przyjaźń należy kupować za pieniądze. Jeśli chodzi o panią Agatę Kalicińską oraz innych hodowców zwierząt rasowych, to szanuję jej pasję mniej więcej tak jak hodowców norek. Jeśli coś się kocha, to się tego nie rozmnaża dla pieniędzy i nie wysyła w świat bez pewności, jaki los się stworzonemu zwierzakowi zgotowało. Hodowcy zwierząt mięsnych i futerkowych przynajmniej nie dorabiają do swojej pracy smutnego i snobistycznego ideolo, że to miłość do świń czy krów każe im na nich zarabiać. Jeśli ktoś ma rasowego psa, to nie z miłości do psów, tylko ze snobizmu: nie kupuję bajek o konieczności dobierania charakteru psa do warunków w których się mieszka - spójrzcie na liczbę husky w blokach, na te wszystkie psy myśliwskie wyprowadzane na dwudziestominutowe spacery, na te biedne rottweilery i bullteriery, które całe krótkie i smutne życie spędzają w kagańcu na smyczy, bo w mieście nie wolno ich spuścić. Masz alergię i musisz kupić pudla? Mam świetną wiadomość: Nie musisz, mieszkanie z psem nie jest obowiązkowe! Jeśli kochasz psy, to se któregoś adoptujesz, jak masz alergię, to se odpuścisz. Jeśli kupisz rasowego, to wiedz, że wspomagasz handel żywym towarem i przyczyniasz się do niekończącego się łańcucha cierpień przedstawicieli danego gatunku. I dotyczy to w równym stopniu właścicieli kotów, rybek, świnek, piesków, papużek i chomiczków. Dorośnijcie, Cthulhu wzywa!
piątek, 23 marca 2012
Starzeję się. Tydzień temu zostałam wegetarianką, w tym roku zaczęłam pisać wiersze; jak mi bóg niemiły, tak nigdy nie napisałam żadnego wiersza, nawet w nastolactwie, bo wiem, że nie potrafię, ba, ja nawet w poezję nie wierzę; teraz zrobiłam już trzy, dwa miłosne, jeden o śmierci; wszystkie hymeniczne* i okropne; musi miłość. W ramach autoprezentu urodzinowego, skatuję Was ostatnim, powstał dziś; nie mam po prostu już w ogóle wstydu. Smacznego.
*** Smutne wiersze są smutne Jak niedomyty grób Jak mokry pies, który jest mokry Jak coś smutnego
Z obmyśloną strategią Zapytam zwięźle, szczerze, krótko Lepsza okazja już się nie nadarzy
Czy mnie kochasz? Kochasz mnie? Bez czy Odpowiedź uzasadnij
Krytyka, nawet a zwłaszcza ta najwredniejsza, mile widziana.
*Marceli Szpak copyright ltd.
sobota, 17 marca 2012
Zabić noworodka Dwoje naukowców, Alberto Giubilini i Francesca Minerva wywołali skandal, proponując, by zezwolono lekarzom na zabijanie noworodka, gdy urodzi się niepełnosprawny lub gdy rodzice nie będą mogli lub chcieli zapewnić mu opieki.
- napisali, ale uzasadnienie zginęło zakrzyczane przez oburzonych obrońców ludzkiego życia (to nie o mnie, dla jasności). Zagadnienie jakie poruszyli Giubilni i Minerva jest jednak na tyle ciekawe, że warto je poroztrząsać chwilę dłużej, a szczególnie aspekt "prawa jednostki do X" warunkowany jej poziomem rozwoju i świadomości. Ostatnio zdarzył mi się flejm dotyczący testowania leków na zwierzętach. Jestem ich zdecydowaną przeciwniczką, ale mój adwersarz okazał się ich fanem, wobec czego flejm zakończył się niecenzuralnie, ale mniejsza o to. Zadałam koledze pytanie, na czym opiera przekonanie, że człowiek ma prawo znęcać się nad zwierzęciem dla ratowania własnego zdrowia i okazało się, że jak większość antropocentrystów wychodzi z fałszywego przekonania, że prawo człowieka do dominowania nad zwierzętami wynika z jego wyższej inteligencji, świadomości i zdolności do współczucia, współpracy i tworzenia. Człowiek nie istnieje Problem polega na tym, że powyższą definicję człowieka spełnia tylko część (większa, ale co z tego) uprzywilejowanej grupy o DNA zbliżonym do mnie czy do was. Jak wiadomo, nie każdy człowiek ma mózg i inteligencję bardziej rozwinięte od myszy, a wielu ludzi odczuwa empatię słabiej niż inne naczelne (vide Anders Breivik). Ciężkie upośledzenia nabyte i wrodzone, choroby starcze, a także (nie)świadomość noworodka zgodnie z definicją kolegi kwalifikowałyby istoty ludzkie, a małobystre do posłużenia za króliki doświadczalne naukowcom, na co mój rozmówca zresztą się zgodził:
Główną kategorią kwalifikacji do testów medycznych wbrew woli jednostki miała być więc inteligencja (Breivika, a więc osoby raczej słabo empatyzującej kolega poddać badaniom by nie chciał, chociaż nie umiał za bardzo uzasadnić swojej decyzji). Sentience, czyli zdolność odczuwania krzywdy Ja skłaniam się ku opinii tych, którzy granicę dla prowadzenia badań i wykorzystywania w nich istot żywych stawiają tam, gdzie zaczyna się czyjeś cierpienie i zdolność odczuwania bólu, w tym psychicznego i nie jestem w tym ani nowatorska ani odosobniona, polecam wikipedyczne hasło "sentience", które dosłownie oznacza "wrażliwość". Mam problem (ktoś z doktoratem z filozofii może pomóc?) z przetłumaczeniem go tak, by idea brzmiała naukowo i dało się jej przyporządkować wyznawców ("wrażliwcy" not, hm). Testy na zwierzętach nie dla dobra człowieka Ale wracając do Giubiliniego i Minervy: ich kontrowersyjna współcześnie w naszym kręgu kulturowym propozycja mogłaby być ciekawym i wartościowym wstępem do światowej debaty o tym, kto ma większe prawo do uniknięcia cierpienia (lub śmierci) i komu wolno cierpienie (lub śmierć) innym zadawać. Czy tym drugim aby na pewno powinny być koncerny medyczne, które leków nie produkują w końcu dla ratowania szeroko pojmowanej istoty ludzkiej, tylko jej odmiany dobrze urodzonej i bogatej, mam więcej niż wątpliwości. Nie mam za to wątpliwości, kto dla poświęcających miliony szczurów koncernów medycznych jest człowiekiem i że nie jest to sztampowo-przysłowiowe (ale jakże rzeczywiste!) dziecko w Somalii.
czwartek, 08 marca 2012
Zastanawiałam się dziś nad jednym problemem i nie jestem pewna jakie jest właściwe rozwiązanie. Wyobraźcie sobie, że klient waszej firmy w nagrodę za dobre wyniki zaoferował kilku osobom trzymiesięczne szkolenie w bardzo atrakcyjnym miejscu na świecie. Kilka osób z waszej firmy może pojechać na to szkolenie, dajmy na to w Japonii, ale chętnych jest dwa razy tyle co miejsc. Oprócz wyników sprzedaży jedynym wymaganiem jest znajomość języka obcego, ale pracodawca przy typowaniu pracowników na wyjazd nie zorganizował testu językowego i bierze pod uwagę ocenę ze świadectwa lub kursu oraz wyniki sprzedażowe. Wy znacie język bardzo dobrze, ale wiecie, że kilka osób, które również starają się o udział w szkoleniu nie zna języka. Co należy zrobić? A. Powiedzieć pracodawcy, że powinien sprawdzić znajomość języka wszystkich osób, ponieważ kilka osób go nie zna. Wasze szanse na wyjazd wzrosną, część konkurencji odpadnie. B. Nic nie mówić, bo donoszenie jest złe, a wszyscy powinni mieć równe szanse zgodnie z bieżącymi wymogami, chociaż nieznajomość języka u niektórych osób w razie ich wyjazdu na szkolenie mogłoby (choć nie musiałoby, nie wiadomo) wpłynąć na relacje naszej firmy z klientem. Co powinien zrobić pracodawca, kiedy dowie się o problemie? A Sprawdzić znajomość językową pracowników. B. Zostawić wszystko tak jak jest i wybrać pracowników według wyników sprzedaży, bo nie pomyślał o zorganizowaniu testu sprawdzającego wcześniej. Tym samym ryzykuje, że w przyszłości jego pracownicy nie zostaną zaproszeni już do udziału w szkoleniu, jeśli wysłani tym razem nie zdadzą testu pod koniec szkolenia. Najtrudniejsze podczas próby rozwiązania tego problemu jest przyznanie, że wybranie na wyjazd szkoleniowy osób, które biegle posługują się językiem nie jest obiektywnie sprawiedliwe, bo znajomość i nieznajomość języków obcych przez ludzi dorosłych łączy się przeważnie ze stanem posiadania i poziomem wykształcenia ich rodziców, szkołą do której uczęszczali, wielkością miasta w którym dorastali i zdolnością przekazywania wiedzy przez ich anglistów, germanistów, a nie tylko dobrą wolą i pracowitością. Niestety przekonanie, że kto czegoś nie umie, ten sam jest sobie winien, a kto umie, ten powinien być nagrodzony, jest chyba jedyną sprawiedliwością, jaką jako społeczeństwo potrafimy obecnie zaakceptować.
niedziela, 04 marca 2012
W Japonii kiedy bierzesz taksówkę, rzadko zdarza się, że kierowca wie, gdzie chcesz dojechać. Adres, który podajesz nic mu nie mówi, ideałem jest, gdy potrafisz go popilotować i pokazać budynek, o który ci chodzi. Taksówkami jeżdżę od czasu do czasu, szczególnie kiedy nie znam miejsca w które się wybieram, a nie mogę się spóźnić. Obecnie mam względną pewność, że taksówkarz zna topografię miasta i dowiezie mnie pod wskazany adres, nawet jeśli z jakichś względów nie jest wskazany zbyt dokładnie. W Japonii tej pewności nigdy nie miałam. Tymczasem
Nie jestem przekonana, że akurat za pomocą deregulacji zawodu taksówkarza, zawodu niezwykle odpowiedzialnego i wymagającego doświadczenia, powinno się załatwiać sprawę "bezrobocia wśród młodzieży", ale jestem przekonana, że szefowie korporacji taksówkarskich pomysłowi przyklasną i już niedługo nasze ulice pełne będą taksówek z naklejką " program pierwsza praca" i pilotującymi je GPSem w komórce pasażerami.
sobota, 03 marca 2012
Kiedy po raz setny czytam w Wyborczej :
O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego dyskusję o przywilejach dla matek nazywa się dyskusją o prawach kobiet jako całości? Nie mam nic przeciw temu, żeby matki walczyły o pomoc ze strony państwa w wychowaniu dzieci lub wcześniejsze emerytury (choć sprawiedliwiej byłoby, gdyby państwo opłacało po prostu okres wychowawczy a nie skracało wybranej grupie obowiązkowy wiek emerytalny). Ale dlaczego nie nazywa się rzeczy po imieniu? Że chodzi o matki, mAtKi, MATKI! Nie każda kobieta jest, będzie i chce być matką. Nie sprowadzajcie nas do jedynej słusznej roli wychowawczej. Mnie to ubliża. Mam trochę problem z określeniem się w kwestii szacunku. Nie za bardzo rozumiem, co oznacza szacunek tam, gdzie mowa nie o istotach żywych. I tak, gdy WO pisze
to mam z tym problem. Czy ja szanuję wiarę? Oczywiście nie, tak jak nie szanuję zbierania znaczków, chodzenia po górach, malowania paznokci, czy dłubania w zębach. Są to rzeczy dziwaczne, pozwalające zabić czas, ale dlaczego miałabym od razu je szanować? Filatelistów przy tym toleruję; jako grupa społeczna są dla mnie nieszkodliwi, a co najistotniejsze: nie próbują przekonać mnie, że zbieranie znaczków jest jedyną drogą do zbawienia, czyli czegoś na kształt mistycznej digitalizacji wspomnień na dysku niebiańskim. Katolicy jako grupa wspierająca potężną organizację polityczną nieszkodliwi dla mnie już nie są, dlatego choć lubię niektóre osoby, które za jedną ze swoich cech podają katolicyzm, tak samego katolicyzmu nie toleruję, nie lubię i życzę mu podzielenia losu religii faraonów. Głównym powodem zaś, dla którego naszą, narodową religią oraz wszystkimi pozostałymi religiami gardzę, jest fakt, że żądają ode mnie, żebym je szanowała. Ich zwierzchnicy ograniczają twórczość artystyczną, pod groźbą, że poczują się obrażeni i pójdą ze swoimi frustracjami i bezpodstawnie nadanymi przywilejami do sądu. Bo absurdalnie prawo, jakby samo udawało, że wierzy w istnienie Absolutu, broni bardziej szacunku dla podań, baśni i bohaterów literackich niż prawdziwych osób obrażanych na co dzień za próbę życia zgodnie z własną tożsamością płciową, przekonaniami odmiennymi od większości czy orientacją. A co z tymi, o których wspomina WO i którym religia jest potrzebna? Mam dla nich jedną radę: niech nauczą się żyć bez obietnicy nieistniejącego, wyrosną z bajek i dojrzeją.
czwartek, 01 marca 2012
Prawo zwierząt do wolności i od cierpienia ze strony człowieka to w zasadzie jedyny temat, za który daję faka i który doprowadza mnie do łez bezsilności, zwłaszcza, kiedy trafiam na poglądy ludzi kompletnie niewrażliwych i bez wyobraźni. Strasznie drażnią mnie idiotyczne, ziemkiewiczowskie (Marta Paciorkowska (tm)+szacun za całokształt) ataki na PETĘ, bo są łatwe. Nie ma nic prostszego w dzisiejszym świecie niż skrytykować organizację broniącą praw zwierząt, to nawet prostsze niż krytyka WOŚP. O ludziach, których oburza lub śmieszy moje kategoryczne stanowisko i emocje w kwestii praw zwierząt, mam dokładnie takie samo zdanie, jak o tych, którzy pytają, dlaczego mieszam się w obronę praw mniejszości seksualnych (przecież nie jesteś lesbijką), takie samo jak o tych, dla których umierający podczas wojny Żydzi byli tylko Żydami, a bite dziecko jest sprawą bijącej je rodziny. Podczas dyskusji pod "artykułem" dziennikarza portalowego Janusza kto_ci_chłopie_dał_komputer Omylińskiego dowiedziałam się, że: - to, że posiadał szczura, czyni go autorytetem w kwestii, czy szczurowi wolno zadawać cierpienie (pytanie za 100 punktów: czy Janusz posiadał kiedyś dziewczynę), - usypanie zwierząt bezdomnych jest tym samym, co ich produkcja na skalę przemysłową na rzeź (czy Janusz widzi różnicę pomiędzy obozem koncentracyjnym, a eutanazją i co mu przeszkadza w jej widzeniu), - nigdy nie powinno się mówić głośno (a broń borze w mediach) o prawach zwierząt, tylko pracować w schroniskach po cichu, niczym Matka Teresa nad trędowatymi, - jeśli przyznamy zwierzętom prawa, będziemy musieli dać im też obowiązki (małpa w czerwonym w ministerstwie, totalnie chcę to), - "wstaw dowolną rzecz to religia", - Janusz jest jak Bóg, nigdy nie słyszał o Isaacu Bashevisu Singerze (totalnie chcę wiedzieć, jaki uniwersytet go wypluł i dlaczego mój ;_;+ love Ziel :*), ale wie, co myślą o PETA miliony rodzin ofiar Holocaustu, - można zarzucać PETA seksizm, jednocześnie samemu protekcjonalnie, po męsku (Janusz jest zdrowym, dorosłym mężczyzną, co pragnął podkreślić) odnosząc się do działalności aktorek na jej rzecz W ich kampaniach biorą często udział pozując nago amerykańskie gwiazdki. Organizację PETA wspiera m.in. Pamela Anderson znana ze Słonecznego Patrolu i wielu innych kiczowatych produkcji, oraz niezliczonych rozbieranych sesji dla Playboya, - Janusz nie sprawdza, na czyje dane i dlaczego wrogów PETA się powołuje, bo artykuł był o Peta, a nie o autorach danych, - Janusz ma lęki, że obrońcy zwierząt każą mu wyrzucić z domu psa, - Janusz bardzo boi się terrorystów. *** I jeszcze kilka słów na temat jedynej słusznej ideologii prozwierzęcej: nie, nie mam za złe PETA, że usypia bezdomne zwierzęta i poprę prawo, które pozwoli na humanitarne usypianie zwierząt w polskich zatłoczonych schroniskach, w których głodne psy i koty w hałasie, na jednym metrze kwadratowym czekają latami na śmierć. I tak, jestem przeciwko hodowaniu zwierzaczków w domu (z wyłączeniem przygarniętych i uratowanych): chomiczków, papużek, szczurków i rasowych piesków i kotków dla przyjemności, bo
Do tego: trzymanie zwierząt w zoo pod pretekstem ratowania gatunku nie ma nic wspólnego z dbaniem o dobro zwierząt, bo gatunek jako gatunek nie odczuwa cierpienia, również kiedy ginie, co jest nie do ogarnięcia dla ludzi, którzy martwią się, że jeśli przestaniemy hodować krowy czy świnie, to gatunek wymrze. So what? Moje poglądy w powyższych kwestiach są dla mnie sprawą fundamentalną, oczywistą i logiczną do tego stopnia, że nie dopuszczam ich krytyki ani dyskusji z nimi w żadnej formie. Jeśli dla kogoś powyższe jasne nie jest, niech się wstydzi i z tym nie obnosi.
środa, 29 lutego 2012
Byłam strasznie ciekawa debiutu reżyserskiego Angeliny Jolie, In the land of blood and honey przede wszystkim ze względu na tematykę filmu - przemoc wobec kobiet w Bośni i Hercegowinie podczas serbskiej rzezi w latach 90. Konflikt zbrojny miał być tylko tłem dla uczucia, które połączyło serbskiego żołnierza i Bośniaczkę, temat i pomysł wzbudziły protesty w samej Bośni ze względu na ogrom przemocy jaki dotknął muzułmanki (50 tysięcy kobiet zostało zgwałconych) ze strony Serbów. Film jak film, amerykańskawy, miejscami naiwny, ale sama gra głównej pary niezła i mimo nieudanego scenariusza oraz reżyserii, da się go obejrzeć. Ale mniejsza o film, najciekawszy jest temat, który warto przypominać choćby ze względu na polski wątek bośniackiej tragedii i konsekwencje wydarzeń w Bośni dla Polek. Papież Polak wystosował otóż w 1993 do arcybiskupa Sarajewa Vinko Puljica list, w którym nawoływał ciężarne, bośniackie ofiary gwałtów, aby "przekształciły akt przemocy w akt miłości i powitania", czyli mówiąc po ludzku, żeby rodziły dzieci swoim oprawcom, mordercom swoich rodzin i gwałcicielom, i powstrzymały się od aborcji. Niesmacznemu pomysłowi pikanterii dodaje fakt, że większość ofiar to muzułmanki, więc list papieża Polaka był nie tylko wyrazem braku wrażliwości na sytuację ofiar gwałtu i elementarnej wyobraźni, ale i międzynarodowym skandalem, za który Watykanowi należał się nuke from the orbit. Resztę już znamy. Papież w antyaborcjonistycznym zrywie popełnił chwilę później Evangelium Vitae, co zaskutkowało polską i ogólnochrześcijańsko-światową, marketingową histerią hierarchów na temat zarodków, która trwa po dziś dzień, która znakomicie się sprzedaje i która jest jednym z miliona powodów, dla których obowiązkiem moralnym każdego człowieka jest zdrowy, zajadły antyklerykalizm. Jako, że nie jestem pacyfistką, a jakoś wypadałoby zakończyć, to Nigdy więcej papieża Polaka.
niedziela, 26 lutego 2012
Porozmawiałam sobie wczoraj z dwiema świadkiniami Jehowy przy herbacie i wpadłam w doła. Chyba najbardziej z zazdrości o to, że one wiedzą, co robią i są takie pewne tego, że robią dobrze; znają sens i cel. Moje przekonania krążą właściwie wokół jednego vontrierowego Life on Earth is evil. Myślałam sobie ostatnio o pomaganiu i doszłam do wniosku, że to wszystko nie ma sensu. Pomagać ludziom jest gatunkistycznie, nieekologicznie (im więcej ludzi, tym gorzej), do tego splendorowo. Co szlachetnego w pomaganiu, za które zyskuje się wdzięczność, szacunek i podziw mas? Pomaganie zwierzętom jest w opinii ogółu przynajmniej śmieszne (a to plus), ale zbyt ograniczone i etycznie wątpliwe - jeden, dwa koty, które nakarmi się zarżniętym kurczakiem, wykupiony z rzeźni koń, za którego i tak inny trafi na kiełbaski. Ogólnoświatowo stosunku do zwierząt się nie zmieni, bo trzeba byłoby zdelegalizować religie, przynajmniej te zachodnie (względnie zaprowadzić hinduizm), a ja nie mam pomysłu jak to zrobić. Ochrona gatunków to też bzdura oparta na ludzkiej potrzebie posiadania; ale im więcej zwierząt różnych gatunków, tym więcej zróżnicowanego cierpienia, farta to mają dinozaury. Nie ma sensu walka o prawa kobiet czy mniejszości seksualnych, bo to i tak wszystko zmierza ku państwom narodowym i religino-prawicowej dominacji (wszędzie); prędzej zapłoną inkwizycyjne stosy niż doczekam się aborcji czy eutanazji, którym nie będzie towarzyszyło kościelne pieprzenie. Dostęp do nauki i kultury? Jak nie wprowadzą nam ACTA, to wprowadzą nam coś innego. Teoria o światowym spisku korporacji, z którego śmiałam się jeszcze dwa lata temu, dziś mnie przekonuje, walka bez szans na wygraną. Mam bolesną świadomość, że nigdy nie zmienię świata, bo jestem na to za stara i za słaba, a cywilizacja śmierci zatriumfuje i beze mnie, jakimś kolejnym Big Bangiem lub inną cholerą, a jedyna nadzieja w tym, że zanim wymrzemy, wytłuczemy też wszystkie naczelne. Raz na zawsze. Wszyscy wiedzą, że szansa na zdobycie pracy po 50 innej niż pozycja tzw. babci klozetowej (a i o to trudno) na polskim rynku jest bliska zeru. Mimo tego co rusz słyszę optymistyczne głosy, że praca to nie kara, że trzeba zachęcać i mobilizować, bo inaczej będzie katastrofa i będziemy głodować na emeryturze, a tego by wrażliwe serce Tuska nie zniesło, dlatego teraz reforma, którą reformą nazwać można tylko ironicznie. Będę pracować do 67 roku życia i głodu na emeryturze nie zaznam. Bo albo zdechnę przy kopaniu rowów wcześniej, albo moja emerytura będzie godna, bo zdechną wszyscy pozostali petenci ZUS; cóż, naturalna selekcja. No ale jak wszyscy wiemy - nie ma wyjścia. Kiedyś zdarzyło mi się zaryzykować stwierdzenie, że zamiast wysyłać do pracy, której dla nas nie będzie, mnie i moje siwiuteńkie koleżanki, rząd powinien pomyśleć o otworzeniu granic dla pracowników z innych krajów, dzięki czemu my zyskalibyśmy siłę roboczą (niekoniecznie tanią, po prostu niezbędną dla utrzymania starszych obywateli), a pracownicy z innych krajów dodatkowy rynek pracy; historia zna kilka takich przypadków z pozytywnym zakończeniem. Naturalnie spotkałam się reakcją negatywną (pozdrowienia dla kolegów z blipa), ale nie wiem w sumie do dziś dlaczego i już nigdy się nie dowiem. Ale trochę chyba rozumiem, że nikt nie chce mieć u siebie obcych, nie chce i Tusk, nie chce opozycja. A podobno to ja bywam ksenofobem.
sobota, 18 lutego 2012
Gdy obejrzałam to pierwszy raz i zakochałam się naraz w Costnerze i Whitney. Dziś dobiegam trzydziechy i odświeżyłam sobie Bodyguarda, żeby przeczyścić kanały łzowe, bo to absolutnie najbardziej romantyczna historia miłosna bez wielkich słów, jaką kiedykolwiek nakręcono. Historia prostego chłopa z budżetówki i rozpuszczonej gwiazdy na której zawsze płaczę, a im jestem starsza, tym bardziej (a dziś to już w ogóle masakrycznie) i to z czystym sumieniem, bo nie mogę nawet temu filmu nic zarzucić pod względem ideologicznym, co aż dziwne, bo gdy go kręcono panoszył się neoliberalizm. Z dedykacją dla wszystkich, których
wtorek, 14 lutego 2012
Miałam kiedyś taki flejm, który zniknął wraz ze mną z blipa, ale który skojarzył mi się z tematem poliamorii. Flejm dotyczył jednego z opowiadań Andrzeja Sapkowskiego, konkretnie Trochę poświęcenia i wątku Oczka i Wiedźmina. Otóż pan Wiedźmin, wiedząc, że Oczko jest w nim zakochana do szaleństwa, postanowił spędzić z nią noc, zdradzając przy okazji Yennefer. Mój szanowny adwersarz uznał Wiedźmina za dupka, obarczając go winą za to, że Oczko nigdy o nim nie zapomniała i nie ułożyła sobie później życia z innym człowiekiem bądź nieludziem. Pomijając jaki wpływ na "nieułożenie sobie życia" przez Oczko miała i czy w ogóle miała noc z Wiedźminem oraz to, czy dziewczyna miała obowiązek układać sobie życie z kimś, kto ekscytowałby ją mniej niż białowłosy, skupię się na etyczności monogamii. Bo stosunek seksualny Wiedźmina z Oczkiem można ocenić dwojako: jako akt hedonizmu i egoizmu (ale to drobnomieszczańskie i nudne), a można inaczej, jako akt litości i altruizmu. Czy wierność i monogamia są altruistyczne? Czy dzielenie się sobą z większą liczbą ludzi może jest jednak szlachetniejsze niż życie w monogamicznym związku, zwłaszcza gdy inni nas kochają, a my odrzucamy ich - czasem nie dlatego, że nas nie fascynują i odstręczają, ale z moralnego obowiązku i przez wypaczony obraz wierności wdrukowywany nam od dzieciństwa. Gdyby uczono nas wierności pojmowanej jako lojalność i uczciwość, a nie takiej, która stanowi antonim puszczalstwa i fizycznego rozpasania, język jakim opisywalibyśmy dziś poliamorię byłby inny i nienacechowany tak podejrzliwością. W naszej kulturze za zdradę uważa się fizyczny kontakt, co sprowadza te najbliższe relacje międzyludzkie do wyłączności na cielesność bliźniego, która zyskuje niewyobrażalną przewagę nad pozostałymi aspektami związków i nie jestem przekonana, że tak być powinno. A więc, in the immortal words of Jesus: miłujcie się wzajemnie.
poniedziałek, 13 lutego 2012
Kinga Dunin parę lat temu w jednym numerze Krytyki Politycznej zauważyła trzeźwo, że seryjna monogamia, to oksymoron i że monogamia podobna gęsi kanadyjskiej, zgodnie z którą człowiek wybierałby sobie partnera tylko raz na całe życie w zasadzie w ludzkich społecznościach nie występuje; natomiast wiele osób, które zostały porzucone dla nowego partnera odczuwa porzucenie jak zdradę i o czymś to może świadczyć; na przykład o hipokryzji tych, którzy mają się za monogamistów, a żyją w którymś z kolei związku. Poliamoria, wielomiłość, związek otwarty konsensualnie przez oboje (troje, czworo, siedmioro) partnerów, akceptowana społecznie, mogłaby pozwolić uniknąć wielu dramatów rozstań, bo w świecie, w którym nie trzeba byłoby rezygnować z erotycznej relacji z jedną istotą ludzką, żeby rozpocząć podobną relację z inną istotą płci dowolnej, decyzja o odejściu nie byłaby przymusem powodowanym presją społeczną czy zazdrością, ale wyłącznie chęcią zakończenia związku, który przestał dawać nam satysfakcję i radość, i zapadałaby po prostu rzadziej. To jedna z tez sobotniego panelu w NWŚ poświęconego poliamorii, bardzo zresztą treściwego. Dużo tam było też o samej zazdrości, jako o efekcie lęku (przed utratą bliskiej osoby, przed zranieniem ego), z którym należy walczyć również przez wzgląd na siebie, budowanie samoświadomości i poczucia własnej wartości. Nie ulegać zazdrości, jako słusznemu gniewowi przeciw drugiej osobie, ale pracować nad sobą. Nie zawłaszczać, nie czuć prawa do posiadania człowieka na wyłączność. Poliamoryzm jest stylem życia przeznaczonym wyłącznie dla ludzi dojrzałych, bo to bardzo trudna forma związku. Nie ma nic wspólnego ze swingowaniem; przeciwnie, osoba otwierająca swój związek na innych ludzi powinna czuć tym większą odpowiedzialność za każdego ze swoich partnerów i jego uczucia. Nie oznacza to jednak, że poliamoryzm dotyczy wyłącznie ludzi dojrzałych i że otwarte relacje budują wyłącznie ludzie odpowiedzialni. Najciekawsze pytanie, jakie padło podczas dyskusji, dotyczyło tego, czy w świecie patriarchalnym, w jakim obecnie żyjemy, poliamoria i magiczne słowa-klucze, jakimi czaruje, takie jak egalitaryzm i wolność, nie są tylko ułudą. Bo większość związków poliamorycznych (czego dowodzą badania socjologów) jest jednak inicjowana przez uprzywilejowanych na wielu polach mężczyzn za jedynie przyzwoleniem kobiet, które nie chcą stracić partnera. Odpowiedź na powyższe ze strony panelistów, która by mnie przekonała, nie padła, bo argument, że w miłości i tak nie ma równości, to nie argument, a już na pewno niepoważny. Nie oznacza to, że poliamorii jestem przeciwna, bo społeczeństwo dojrzałe, zdolne do kontrolowania zazdrości i poskromienia ciągot do zawłaszczania drugiego człowieka jawi mi się jako powrót do Edenu. Niepokoi mnie jednak, jak poliamoria może być niebezpiecznym narzędziem w rękach nieodpowiedzialnego człowieka, który jej ideę wykorzysta przeciw osobom, które takiego związku nie chcą, a chcą bliskości rzeczonego poliamorysty. Poliamoryzm może stać się hasłem-kluczem odbierającym prawo do wyrażania wątpliwości i uczuć przez drugą stronę (a więc umówmy się: przeważnie kobietę), bo przecież wiedziała od początku, więc o co ma teraz pretensje, czego nie rozumie? Jedno jest pewne: jeśli poliamoryzm zyska kiedykolwiek akceptację społeczną na świecie, będzie to ostateczny koniec Mody na sukces, a wtedy pęknie mi serce. Poszłam sobie w piątek do kina na Różę, która miała wbijać w krzesło i poruszać. Gdybym była krytykiem filmowym, napisałabym, że1 Smarzowski jako pierwszy decyduje się na rozdrapanie zabliźnionych ran - polskiej winy za grzechy popełnione przeciw Mazurom tuż po wojnie; temat niepopularny i omijany dotąd przez naszą kulturę. Dzięki Smarzowskiemu mamy szansę spojrzeć na okres powojenny oczami krzywdzonych - zwykłych ludzi, rzuconych w wir ideologicznej walki i zemsty za niepopełnione zbrodnie. W Róży, w świecie wszechobecnego Zła, w którym za zaufanie płaci się nieraz najwyższą cenę, człowieczeństwo ocalić można tylko dzięki wierności własnym zasadom i odwadze, której niektórym bohaterom brakuje, ale których postępowania nie nam osądzać. Na szczęście nie cierpię takiej nadętej pisaniny, więc jako prosta baba powiem tylko, że film jest niezły, jak na amerykański film akcji ze Schwarzenegerem w roli głównej (tu: Marcin Dorociński). Dorociński przez pierwsze pół filmu rozbraja miny i robi doświadczenia pirotechniczne na złych Rosjanach, przez drugie pół filmu ratuje Różę (dobra rola Agaty Kuleszy) przed gwałtem, który w kółko chcą popełnić ci sami Rosjanie, co w pewnym momencie sprawia, że motyw gwałtu staje się u Smarzowskiego karykaturalny i mam wrażenie, że gdyby jako ścieżkę dźwiękową puścić melodyjkę z Benny Hilla, wyszedłby z tego całkiem śmieszny skecz. Przez trzecie pół filmu Dorociński jest ponury jak wiedźmin, wygląda jak wiedźmin, który przychodzi po dziecko niespodziankę, a brak miecza na jego plecach da się wytłumaczyć tylko jakimś niedopatrzeniem scenografa. Film jednak poleciłabym śmiało: niebanalna muzyka, ładne zdjęcia i dość ciekawa, choć nie do końca przemyślana fabuła robią swoje. Różę da się obejrzeć, choć nie jest to W ciemności Holland, pierwszy film, po obejrzeniu którego chciało mi się płakać. Tak właśnie - po obejrzeniu, nie w trakcie. 1. Wrażliwi na obciach niech to ominą.
niedziela, 12 lutego 2012
Na spotkanie z Katarzyną Kozyrą, które odbyło się w Nowym Wspaniałym Świecie 9 lutego, poszłam z niezdrowej ludzkiej ciekawości - zaspokoić chęć zobaczenia i posłuchania na żywo artystki, której nie lubię, ale którą wszyscy znają. Atmosfera wywiadu, będącego w istocie mizianiem ego wyżej wymienionej przez prowadzącą, jej (jak sama bez zażenowania przyznała) przyjaciółkę i hordy zaczadzonych rozpoznawalnym nazwiskiem studentów i studentek była dość nieznośna. Katarzyna Kozyra gubiła się w zeznaniach, z początku pozując na ofiarę ludzi, którzy atakowali ją "bezsensownie" po słynnej i mocno przereklamowanej Piramidzie zwierząt (pomysł by ukatrupić cztery zwierzaki dla sztuki, żeby pokazać, że jesteśmy hipokrytami, bo wkurwia nas zabijanie dla sztuki, to w najlepszym wypadku brak oryginalności), by po pół godzinie stwierdzić, że woli, żeby jej sztuka wywoływała negatywne emocje niż żadnych. Kozyra jest artystką odważną. Odważnie wykorzystuje bezbronnych (nagrywała np. ukrytą kamerą nagie, starsze kobiety w węgierskiej saunie) żeby tworzyć i już za to jej nie lubię, bo artysta powinien być przede wszystkim człowiekiem, a artystą potem, ale to taka moja refleksja. W czwartek Kozyra zirytowała mnie językiem, jakiego używała w stosunku do swoich współpracowników z opowieści Winter tale i Summer tale:
Projekty oparte były na współpracy z ludźmi dotkniętymi karłowatością, których Kozyra na spotkaniu nazywała karzełkami, rozbawiona do łez własnym poczuciem humoru ("no i karzełki poszły, "karzełki się przejęły", "musiałam wytłumaczyć karzełkom, że nic się nie stało, hihihi"). Kiedy ktoś zapytał ją, dlaczego nazywa aktorów "karzełkami", stwierdziła, że dla niej "są to istoty nierzeczywiste, bajkowe" i wyglądała na szalenie zadowoloną z własnej odpowiedzi, choć tym frazesem przyznała w istocie z rozbrajającą szczerością, że we współpracujących z nią aktorach nie dostrzega ludzi. Potraktowała ich, jak gdyby byli monolitem i chodzącym ucieleśnieniem własnej choroby, odebrała im prawo do bycia postrzeganymi jako niezależne istoty ludzkie, chociaż każdy z nich ma imię, które zapewne nietrudno zapamiętać. Zanim wyszłam, usłyszałam jeszcze z ust pani Katarzyny, że artysta ma zawsze rację. Otóż nie zawsze i nie każdy, bo artyści, tak jak i karzełki, dzielą się na mądrych i głupich, Balthusów i Mozartów oraz Zbyszków Hołdysów i Katarzyny Kozyry. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Edukacyjne
Feminizujące i rewolucyjne
Kulinarne
Kulturalne
Literackie
Miejsca
Podróżnicze
Szablon
Życiowe
|